Zacząłem eksperymenty z animacją przy użyciu AI. Wiem, że toczy się spora dyskusja na temat użycia tej technologii w sztuce i w życiu w ogóle. Padają celne argumenty z każdej strony, więc sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Pewne jest jednak to, że bez takiej technologii zostałbym w świecie swoich nieożywionych rysunków.

Może to i lepiej? Bo wtedy wszystko jest w stu procentach moje: pomysł, kreska, kolory.
Ale czy aby na pewno? Przecież rysowałem to na iPadzie, w programie graficznym, który dał mi gotowe narzędzia: cyfrowy ołówek, pędzle, warstwy, dzięki którym kolory mogą być osobno i można bezpiecznie eksperymentować.
Tu jeszcze powszechnie uznajemy, że to ja jestem twórcą.
Ale czy stworzenie z tego wersji bardziej 3d to już przekroczenie jakiejś magicznej granicy?
I czy to rzeczywiście maszyna tworzy po wpisaniu jednego prompta?

Nie, maszyna nie tworzy niczego sama.
Musiałem stworzyć swój własny styl, wygenerować odpowiednią ilość próbek, nakarmić tym mój algorytm, precyzyjnie opisać świat, kolory i światło. Oczywiście, zajęło to tylko ułamek czasu, potrzebnego do stworzenia takiego obrazu przy pomocy innych – nomen omen – cyfrowych narzędzi.
Nie wykreowałem tego obrazu sam, ale stworzyłem bota, który generuje dla mnie takie ilustracje na podstawie moich rysunków. To ja jestem tutaj art directorem.
Gdy już ma się coś takiego, ciężko się zatrzymać.
Kolejne kroki to już tylko opanowanie nowych narzędzi. Bo jeśli jest pomysł i wizja, trzeba iść z tym dalej. Następny etap: dodajemy głos i robimy animację.
Zatem jedną nogą jestem już w tamtym świecie. W świecie rządzonym przez AI.