Czy to normalne, że w drugiej ćwiartce XXI wieku zakładam sobie bloga? W czasach, gdy wszyscy siedzą na Istagramie, Tiktoku czy Linkedinie. I skrolują, i skrolują, i skrolują. Przecież tam jest publika, widownia, tam można się lansować… Dlaczego ja nie chcę?

Mam wrażenie, że zawsze szedłem pod prąd. Że nigdy nie chciałem wkręcić się w jakieś gonienie za trendami, za widzem, za poklaskiem. Nie skończyło się to dla mnie zbyt dobrze. Nie mam sławy. Nie mam swojej społeczności. Nie mam milionów.
Nigdy nie udało mi się zaprzyjaźnić na tyle z mediami społecznościowymi, by w nich brylować. To pewnie dlatego, że w normalnych społecznościach też nie bryluję. Gorzka refleksja.
Nie chcę już jednak zakładać konta na jednym czy drugim portalu, tylko po to, by łudzić się, że zbiorę poklask. A potem, gdy go nie ma, po prostu odpadać od ściany i przestawać publikować. Znikać na długie tygodnie, miesiące, a czasem nawet lata. Pozostawiając po sobie zakurzone i pełne pajęczyn miejsca w sieci, które kiedyś żyły, zaczynały jako pełne nadziei, a potem po prostu obumierały.
Nie mam do tego cierpliwości, wystarczającej determinacji, parcia na szkło. Nie mam też w pełni wykształconego głosu, przesłania, rzeczy, o której chciałbym wieścić i ewangelizować.
Bardzo tego żałuję, bo chciałbym.
Ale czy na pewno? Czy o to w tym wszystkim chodzi?
Dociera do mnie, co jest moim problemem. Ja po prostu za bardzo skupiam się na stracie. Na tym, czego nie mam, a co mają inni. Bo oni są fajni, robią fajne rzeczy. A ja nie. I boję się coś wrzucać w sieć, bo „przecież nie jest gotowe, nie jest błyskotliwe, nie ma w tym iskry”. Bez przerwy słyszę całe to gadanie wewnętrznego krytyka w głowie, który po prostu sabotuje i obrzydza mi wszystko.
Nie chcę już tak. Chcę czegoś innego. Chcę zmiany. I ten blog ma taką zmianą być. On jest dla mnie. Chcę zobaczyć, czy coś mogę, czy potrafię, chcę dokumentować cały swój proces twórczy, wrzucać skrawki, pomysły, zajawki, błyskotki, które zajmują mnie w danej chwili. Chcę to ocalić, wydobyć z notatników, szkicowników, z rozproszonych dysków i chmur.
Do tej pory wciąż coś mnie wstrzymywało, bo przecież „nie znalazła się spójna formuła”, by to wszystko pokazać i wreszcie zacząć wyciągać różne rzeczy z szuflady i pchać je w świat.
Cóż, formuły dalej nie ma, ale jest blog. Sępek Świata. Bo ja jestem Sępek, a to jest mój świat.
Zapraszam was do śledzenia tej przygody.